Obserwatorzy

sobota, 28 grudnia 2013

ATRAKCYJNE ZAKOŃCZENIE ROKU

Coraz mniej wolnego czasu daje się odczuć nawet tu na blogu. Rzadsze wpisy wyraźnie obniżają zainteresowanie, bo blogowanie polega właśnie na wpisach i komentarzach.
 Tym razem częstotliwość wpisów jest większa, bo tylko teraz mam kilka chwil wolnego.

 Nie opowiadałam o prezentach, a właściwie o jednym, który wzbudza zazdrość każdej kobiety, która go zobaczy! Dostałam od Anabell turkusowe piękno ! Właśnie w święta miałam go na sobie, ale jest tak elegancki, że nawet na audiencji u królowej Elżbiety ( gdyby mnie zaproszono!) byłby właśnie tym właściwym klejnotem zdobiącym dekolt. Zdjęcie to 1/10 efektu w rzeczywistości.



Inną ważną sprawę odsunęłam na wolną chwilę i chwila zamieniła się w tydzień...
Na blogu Aliny pojawił się pretekst do zaprezentowania jej projektów. To bardzo wrażliwa i twórcza osobowość, zajrzyjcie! Przy okazji traficie na świąteczną rozdawajkę, której jednak banerka nie umiem wkleić, Daję linka.

Dzisiaj chyba skończyłam "Furtkę do szczęścia"


W rzeczywistości obraz jest ciemniejszy. Muszę go zapisać w innej technice, gdyż żadne oświetlenie nie oddaje jego nastroju, choć jest  blisko. Obraz jest wykonany farbą olejną i ma wymiary 120 x 70cm
Zostawcie w tym roku wszystko co złe, chore i Wam nie pasuje i wchodźcie w Nowy Rok z uśmiechem!!!! 
Każdy, kto będzie chciał, znajdzie klucz do furtki, aby otworzyć lepszy czas.





piątek, 27 grudnia 2013

MOJA CHOINKA



W tym roku, postanowiłam wysilić szare komórki, aby nasza choinka była w pokoju w którym świętujemy. Problem jak zwykle polegał na przestrzeni, którą duża, normalna choinka potrzebuje, aby nas zachwycić. 
Widziałam gdzieś na reklamie taki neon na ścianie w obrysie choinki i to natchnęło mnie pomysłem, aby stworzyć choinkę "naścienną". Poprosiłam A. o przyniesienie gałęzi z naszych choinek. 
Mamy zamiar odnawiać pokój na wiosnę, więc zadziałałam brutalnie. Przybiłam do ściany gałęzie tak, aby tworzyły choinkę. A. pięknie ją ubrał i nikt nie zauważył, że jest tak zrobiona. Każdy podchodził i szukał gwoździ, bo efekt zaskoczył nawet mnie. Pod choinką zmieściła się przestawiona kanapa.
Dzieciaczki zrobiły na miejską choinkę aniołki, Mikołaje, łańcuchy i cukierki. Jak zawsze buźki wszyscy mają uśmiechnięte!

Siedzę sobie pod choineczką, oglądam zdjęcia aniołków, Mikołajowi dziękuję za piękne prezenty,  podgryzam kolejne kawałki makowca i pomimo, że wszyscy już odjechali, to jestem jeszcze wciąż w najpiękniejszej atmosferze: ATMOSFERZE RODZINNYCH ŚWIĄT!

Wszystkich, którym nie złożyłam życzeń świątecznych przepraszam, ale nie zdążyłam, zajęta i przejęta domowymi przygotowaniami. 

środa, 18 grudnia 2013

DO CZYTANIA

Wszystkim, którzy czytanie uważają za cudownie spędzony czas, lub może szukają zaskakującego prezentu polecam trzecią część świetnej, debiutanckiej powieści. To jest link do trzeciej części na e-bookowie, bo  na razie są w tej formie.
 http://www.e-bookowo.pl/proza/nie-moje-niebo.html

Nie mam czasu na nic. Dom jeszcze nie ogarnięty. Świąteczni goście są w większości na specjalnych dietach trudnych do przetworzenia na smakołyki świąteczne. Obrazy ustawione w kącie czekają na dalszy ciąg a ja dzisiaj tylko pojechałam kupić drewno do kominka i...skroiłam głowę kapusty wielką jak dwie przeciętne razem wzięte. Już ugniotłam do zakiszenia , bo liczę, że zjemy ją jako surówkę do karpia i jeszcze zdążę uformować z nią pierogi.
 Przeszłam na żywienie się jajkami kaczymi, bo przed świętami okropnie trudno  kupić kurze, tutaj na wsi. Nie widzę różnicy w smaku, zwłaszcza przy gotowanych. Do ciasta wręcz są rewelacyjne, większe, bardziej spajają mąkę. Nie wiem dlaczego tutejsi ludzie nie jedzą tych jajek.Ciasto drożdżowe z tych jaj dużo bardziej mi smakuje. Zaopatrzyłam się już w kaszę jaglaną i mąkę z prosa. Teraz poprzeczka poszła wyżej, bo wcześniej nigdy nie próbowałam tak bardzo ograniczonego składu, zwłaszcza na święta. Robiłam dwa rodzaje dań, te obfitsze i te dietetyczne ale nie do tego stopnia, żeby "nic nie dało się użyć". Zaraz wchodzę na strony ograniczeń : bez glutenu, przeciwgrzybiczne, bezbiałkowe itd...Czy tak można w ogóle żyć??
Kończę te głupie rozważania i biorę się do roboty. 
Wszystkim życzę:
 wiele, wiele ulubionych smakołyków,
 wymarzonych prezentów,
 bliskiego sercu towarzystwa,
 pogody w duszy i w ogóle!

 Niech nasz Nowy Roczek pojawi się co najmniej  tak uroczy, mądry i dobry jak chłopczyk  z portreciku, który właśnie oddałam.



czwartek, 12 grudnia 2013

ŚWIĄTECZNE PRZYGOTOWANIA


Otrzymałam nagrodę konkursową -książki, które mnie bardzo ucieszyły. Wiem już z czym będę usypiać. Są to "Dzienniki 1945-1950" Agnieszki Osieckiej, "20 Lat Nowej Polski w Reportażach"
Mariusza Szczygła oraz zdobywcy Paszportu Polityki Mikołaja Łozińskiego "Książka".
Cudownie, że idą Święta i będę mogła bezkarnie zatopić się w lekturze.

Przygotowania do Gwiazdki pełną parą! 

Starsza grupa zrobiła piękne bombki z pasków białego papieru. Na bombce były zdobienia własnego pomysłu. Jestem pewna, że choinka nabierze innego wymiaru z tą ozdobą. Wcześniej wszystkich poprosiłam o pomoc przy ustrojeniu choinki na Miejską Wigilię, która odbędzie się w sobotę, 14 grudnia. Ozdoby mają mieć określony charakter nawiązujący do widowiska.













 Nie będę zdradzała tajników, zrobię zdjęcia dopiero przystrojonego drzewka. Wszystkie zabawki, tak jak papierowe bombki są mojego pomysłu.











Maluchy kleiły choinki z Mikołajem, bałwanem, śniegiem i prezentami.








 Tymczasem w Radzanowie nowo zorganizowana  grupa dzieci przychodzi regularnie na zajęcia.  Maluchy kleiły swoje teczki na rysunki makaronowym imieniem , które potem ja pryskałam na złoto. Starszyzna, rysowała z ozdobnikami imię i nazwisko. Wszystkie teczki wykańczaliśmy razem tak, aby miały piękne rączki do zawieszenia, lub noszenia.

Tylko jedno podejście do obrazu kończy moje zmagania z furtką do........... Pokażę za dwa dni.





czwartek, 5 grudnia 2013

JA ???? MAM GWIAZDKĘ!

Tak zapytałam zszokowana, gdy w słuchawce miły głos powiedział:
- Pani Joanna? 
- tak odpowiedziałam niepewnie, nie wiedząc co usłyszę.
- dostała pani nagrodę w konkursie Piszemy+.
- ja????

W listopadzie wysłałam tekst o ukochanym dziadku Marcelim, tak, aby nadawał się na konkurs.
Oto ten tekst i link do opinii oceniających teksty profesjonalistów. Nadesłano 87 tekstów. Ja jestem w drugiej szóstce. Nagrodą są książki. Nie mogę się doczekać. Czyli już mam Gwiazdkę!!
                            

 OBRAZ
                                                    dziadkowi  Marcelemu (Nałęcz) Dobrowolskiemu

Szłam w starych sandałkach a z nich  wystawały moje  czarne od ziemi paluchy. Wpatrywałam się ze skupieniem w teren tuż przed nimi. Piękny, letni, słoneczny dzień powodował kompletną beztroskę w moim myśleniu. Skupiałam się na kopczykach kretów wyrastającymi jeden obok drugiego na całej łące. 
 Kasetę z farbami dziadzia Marcelego traktowałam jak skrzynię pirackich skarbów . Właśnie dzisiaj dane mi było w nagrodę taszczyć ją za dziadziem na jego plenerową wyprawę.    Przeskakiwałam przez kolejny kopczyk a kaseta  wisząca na rzemiennym pasku, uderzała mnie boleśnie po łydkach.  Nie spoglądałam na idącą przede mną wielką sztalugę z ciągnącym się z nią taboretem i wystającymi  spoza tego dziwnego rusztowania, stopami dziadka.
     Dzisiaj po 60 latach maluję portret i gdy siadam przy tej samej sztaludze i biorę do ręki pędzel z tej samej kasety, wciąż widzę taki właśnie obraz z przeszłości, a kaseta do dzisiaj nie straciła nic ze swej wyjątkowej  wartości skarbu.  
Nie mogę uwierzyć że to nie było wczoraj, gdy się pytałam:
- Dziadziusiu, a jak namalować tego dzięcioła, żeby było widać, że tak szybko uderza dziobkiem w drzewo? 
Odpowiedź zagłusza mój głośny szloch . Woda do płukania pędzelka zalała  cały narożnik kartki, a tam właśnie  miały siedzieć sikorki.
Wtedy miałam 6 lat, a dziadziuś Marceli cierpliwie i  z wielką czułością ocierał mi łzy. Potem prostował pofałdowaną, kartkę nabrzmiałą od rozlanej wody. Uczył i pokazywał jak wybrnąć z katastrofy i narysować ukochanego  dzięcioła, dla którego jedno z drzew pod oknem było najlepszą zimową stołówką. Tyle razy siedzieliśmy razem przy tym oknie obserwując ptaki przylatujące do karmnika! Malowaliśmy je. Dziadziuś akwarelami, ja swoimi farbkami, nieudolnie.
    Dziadziuś Marceli rozwiązywał każde trudne zagadnienie dotyczące rysunku i malarstwa. Był też znawcą historii sztuki, języka polskiego, łaciny, greki, rosyjskiego, hebrajskiego. Recytował ogromne fragmenty poezji w tych językach i zawsze wiersze brzmiały melodyjnie i jakoś niezwykle.
   W  strofach chyba „Stepów Akermańskich”  Mickiewicza ktoś miał laurowy liść a po hebrajsku brzmiało: „bobkowy liść” ! W  recytowanej z patosem poezji ten liść bobkowy doprowadzał mnie zawsze do wybuchu nieopanowanego śmiechu.
     Wokół dziadka Marcelego zawsze zbierali się ciekawi ludzie z samej najwartościowszej elity intelektualnej. Wcześniej w czasach studenckich gdy mieszkał w Krakowie przyjaźnił się z Jackiem Malczewskim, który został chrzestnym ojcem mojej mamy. Wielu sławnych artystów tamtej epoki ceniło zdanie dziadzia  i podziwiało jego prace malarskie.
    Im więcej lat upływa od dnia, gdy go nie ma wśród nas, tym częściej chciałabym się o coś ważnego zapytać i tylko on znałby właściwą odpowiedź.
- Dziadziu, jak rozrabiałeś szelak? Co robiłeś, że klej z granulek tak pięknie się rozpływał?
- Jak kładłeś tym dużym pędzlem kolor liści, że nabierały głębi i powietrza?
- Co sądzisz o moim ukochanym Słowackim?  I jaka jest recepta na Twoją nalewkę z gruszek?
    Jego  fotel  był granicą dla złych mocy. Tam była moja forteca i tam miałam swój wysiedziany stołeczek. Tam nikt nie mógł zrobić mi krzywdy!
Czasami wdrapywałam się na oparcie fotela i przeszkadzając mu w pracy nad kolejnym artykułem lub rysunkiem pytałam konspiracyjnie:
- Powiedz mi w  tajemnicy, kiedy sprzedaż obrazek i przywieziesz kostki rachatłukum? ????
Całe życie byłam łakomczuchem a dziadziuś nie zważając na dramatyczne ubóstwo w jakich znalazła się cała rodzina, gdy dostał jakiekolwiek wynagrodzenie kupował mi zawsze najlepsze kąski,  .
- Tatusiu, przecież mamy wciąż długi w sklepiku i za mieszkanie! - mówiła z rozpaczą  moja mama . – Nie wiem za co kupię cokolwiek na obiad dla naszej pięcioosobowej rodziny! - Słyszę straszny żal w jej głosie.
  Te łakocie od dziadka Marcelego odwracały dziecięcą uwagę od najtrudniejszego okresu moich bliskich. Teraz też zdarza się, że mam ochotę wdrapać się na poręcz fotela i zapytać:
-dziadziu, kiedy?   …
Cisza…Nie ma Cię tu..
A jednak zostałeś.  Zostałeś we mnie, dziadziu.
Mierzę  świat Twoją estetyką, maluję kierując się Twoimi zasadami, krytykuję według Twoich argumentów.  I choć dawno już nie słyszę Twojego  głosu i nie korzystam z  czułej ochrony, to wszystko pamiętam.   Pamiętam, bo tak duża część duszy jest od Ciebie.
Teraz, kiedy coraz lepiej znam topografię cmentarzy , dojrzałam i zrozumiałam sens wielu Twoich słów których wtedy nie usłyszałam.  Miłość w którą mnie wyposażyłeś noszę wciąż jak talizman, i przekazuję  powolutku moim wnukom, aby i one poczuły piękno Twojej duszy..

A to link do recenzji fachowców:  http://www.piszemyplus.pl/aktualnosci.php

DIALOGI NA DWIE NOGI

Pędziłam autkiem do Warszawy. W myślach wyliczałam: psy nakarmione, do kominka dołożone, żelazko wyłączone, forma zabrana. Żebym tylko nie zapomniała kupić sklejki!
 Nagle myśli zawróciły do sytuacji sprzed kilku godzin: 
Coś mi szumiało koło zlewu, jakby gotowała się woda. Zaczęłam nadsłuchiwać i pomyślałam, że może bojler elektryczny sfiksował i gotuje wodę. Poszłam do pralni i przykręciłam temperaturę. Wróciłam do kuchni i w rozpędzie wdepnęłam w szybko rozprzestrzeniającą się kałużę na ziemi. 
Jak zawsze  w takim momencie A. nie było w domu.
 Zebrałam wiadro wody. Musiałam szybko sama rozebrać listwy pod szafkami, bo zaraz by nasiąkły i zgniły. Żeby się do nich dostać trzeba było wyjąc wszystko z szafki, bo tylko tam była dziura, duża na moją rękę wyposażoną w specjalny kijek. Wtedy wypchnęłam je od środka.
 - Jeszcze ta rurka jest do kupienia, żeby tylko nie zapomnieć! - notowałam w myślach.
Co by było, gdyby mnie nie było a ona by pękła???!!!!

To cholerna tandeta! - usłyszałam głośną uwagę, która wyrwała mnie  z zamyślenia! Jeszcze bardziej zaskoczyło mnie, że to ja sama na głos to powiedziałam. Jak to możliwe? Czy ja już mówię głośno do siebie? To już w myśli nie wystarczy? Może zacznę się ze sobą kłócić? Nie!!!!
Pamiętam swoją ukochaną nauczycielkę od polskiego. Miała wtedy już swoje lata, pewnie około siedemdziesiątki, gdy szła ulicą i mówiła na głos do siebie. Ogarniało mnie wtedy przerażenie, bo za nic w świecie nie chciałam, aby ktoś się z niej śmiał, a ta sytuacja aż się o to prosiła. Teraz też się przestraszyłam, że oprócz widocznych znamion nadchodzącej biegiem starości, jeszcze będą słyszalne jej symptomy?
Czy to starcza demencja? Czy oznaka samotności? Czy pod sufitem robi się nierówno?  
Jak tak dłużej nad tym rozmyślam to doszłam do wniosku, że rozmowa samemu ze sobą to chyba najprzyjemniejszy dialog! To jedyna stuprocentowa sytuacja kiedy dochodzi się do porozumienia.
 Trudno jest tylko podać sobie prawice.
 No zawsze można połączyć prawicę z lewicą. Niby proste - ale  brzmi tak pięknie, że aż nieprawdopodobnie!.